Manoid - Synestezja EP [RECENZJA]

Manoid - Synestezja EP
7/10

Szczerze mówiąc, przejadły mi się już wszystkie wpisy na temat polskiej muzyki, która rzekomo jest słaba i mało znana. Z której "niby" słuchacze w większości tylko szydzą z powodu niewiedzy i obeznania na polskim rynku muzycznym. Zamiast narzekać na ogół beznadziejności, można w tym czasie po prostu zrobić dobry research tego, czego w danym momencie mamy ochotę posłuchać. Być może w wyniku tej czynności trafimy na dobra muzykę. Taką, jakiej nam właśnie brakuje.

W efekcie swoich ostatnich poszukiwań trafiłam na polską dobroć, jaką jest Manoid i jego EP-ka pt. Synestezja. W przekonaniu innych krążek ten jest przykładem nieznanej, dobrej produkcji, w której narzeka się, że jakieś tam domowe melodie osiągają sukces, a taki materiał jak wspomniana Synestezja pozostaje w cieniu. Moim zdaniem, grzechem jest porównywać obie te twórczości, chociażby ze względu na rozbieżność reprezentowanych gatunków, czy grupę odbiorców. Ich jedynym wspólnym punktem jest fakt, że oba te podwórka prezentują naprawdę dobry poziom "naszej" muzyki, która nie zasługuje na to aby pozostać w cieniu.

Manoid z pewnością nie zagra Wam spokojnej melodii, która uspokaja i prowadzi w marzycielski stan. Synestezja posiada jednak wszystko, czego w efekcie symbiozy maszyny i człowieka można się spodziewać, przedstawiając tym samym dobry kawałek elektronicznego grania. Na materiał składa się sześć kawałków, charakteryzujących się pulsującymi syntezatorami. Pomimo tego, że w ostatnim czasie unikam tego typu muzyki, chociażby ze względu na powielanie się podobnych dźwięków, ten krążek zdecydowanie mnie zaskoczył.

Materiał otagowany jest dosyć jednoznacznie jako IDM, minimal techno, czy trip hop, jednak ja znalazłam w nim duży kawałek swojego wykreowanego świata, jakim jest delikatność i stonowane brzmienie. Wszystko dzięki wokalom, których zwykle w tej muzyce mi brakuje. Nie będzie więc dla nikogo zaskoczeniem to, że moim faworytem stało się nagranie Away, w którym gościnnie pojawiła się Pola Rise. To połączenie pozwoliło mi oddalić się na kilka chwil w delikatne dźwięki, których na krążku jest zdecydowanie mniej niż tych surowych. Wspomniany kawałek podkreśla, w moim odczuciu, otwartość artysty na swoją twórczość, której nie zamyka w obrębie minimalistycznego techno.

Pozostałe nagrania, takie jak Far, Run, czy Blow przypadną do gustu większości sympatyków surowego klimatu, w którym obecnie ciężko odnaleźć innowacyjność. W całym tym muzycznym przepychu i pogoni za nowymi dźwiękami, te nagrania z pewnością znajdą swoje mocno ugruntowane pozycje, które raczej będą dobrym startem do wciąż poszukiwanego dobrego kierunku. Mam jednak ogromną nadzieję, że tak dobry start ukierunkuje Manoid w tej materii, którą zaprezentował dzięki współpracy z Pola Rise czy Beth.



AK

Arms and Sleepers - Swim Team [RECENZJA]

Arms and Sleepers - Swim Team

9/10


Dobrze znani polskiej publiczności Max Lewis i Mirza Ramic, tworzący duet Arms and Sleepers, powracają po długiej przerwie, by ponownie podbić serca swoich słuchaczy. Rok 2014 to dla nich początek nowego rozdziału. Dowodem na to jest ich najświeższy album, wydany po ponad trzech latach przerwy. Wydawnictwo Swim Team, mające dziś swoją premierę wyznacza całkowicie nowy kierunek w twórczości muzyków. Jego zamysł przedstawił sam Ramic: „Krążek zainspirowany jest obsesją muzyki lat 80. Czerpie z instrumentalnego hip-hopu, R&B, w szerokim zakresie z muzyki elektronicznej, aby uchwycić nostalgiczne momenty.”  

Trzeba przyznać, że Panom udaje się to jak nikomu innemu. Ich wrażliwość muzyczna dotyka bowiem nawet najbardziej wymagającego słuchacza. Ci, którzy mieli okazję do uczestnictwa w ich koncertach wiedzą, że artyści potrafią zadbać również o stronę wizualną występu, ciesząc przy tym nie tylko uszy, ale i oczy odbiorców.  

Na materiał składa się 11 lekkich, przyjemnych i bardzo nastrojowych kompozycji. Delikatne wokale, jakie serwuje nam tytułowe nagranie pełni rolę zaproszenia na dalszy, wyciszający seans. To właśnie ta kompozycja najbardziej wskazuje kierunek, jaki obrali muzycy, podczas nagrywania nowego materiału. Utwór Tiger Tempo lekko nawołuje do poprzednich dokonań duetu. To połączenie elektronicznych dźwięków z posmakiem ambientu. Za najbardziej emocjonalny kawałek uchodzi natomiast piosenka, nosząca tytuł Forever Only. Pomimo stosunkowo krótkiego czasu trwania albumu, artystom udaje się dostarczyć szerokiej gamy intensywnych emocji, które ilustrują ich ciągły rozwój i dążenie do perfekcji. 

Warto wspomnieć, że okazją do ponownego spotkania z duetem oraz do bliższego zapoznania się z jego najnowszym materiałem będą dwa koncerty w Polsce. Pierwszy z nich zaplanowano na 24 listopada w krakowskim klubie Alchemia. Dzień później natomiast muzycy odwiedzą Warszawę, gdzie wystąpią w klubokawiarni Chmury.

PF

Zola Jesus - Taiga [RECENZJA]

Zola Jesus - Taiga
6/10

"Tajga to dziki świat, który mógłby istnieć bez nas"- te słowa idealnie odzwierciedlają klimat, którym na swoim najnowszym wydawnictwie karmi nas Nika Roza Danilova, nagrywająca pod pseudonimem Zola Jesus. Taiga przywołuje obraz spowitych mgłą lasów borealnych, obejmujących Rosję i Kanadę, rozciągających się na południe aż do stanu Wisconsin, gdzie wychowywała się artystka. To podróż poprzez najciemniejsze, nieodkryte dotąd zakamarki jej duszy. 

Taki jest też tytułowy utwór, otwierający wrota do miasta sosen i świerków. Głos Zoli, wręcz ceremonialny, jakby przebijał się przez lamentujący chór w oddali. Podszyte dreszczem emocji preludium stawia album w obiecującym świetle. Mocny wokal w połączeniu z elektroniką i indie popem, serwuje nam kawałek Dangerous Days, który stał się jednocześnie moim faworytem. Zabrany w podróż wakacyjną, doskonale sprawdził się podczas czasu spędzonego w samochodzie, dodając przy tym masę tanecznej energii. Aż chciałoby się uświadczyć tego więcej. Niestety, na próżno. Zamiast tego mamy dramatyczną zmianę, podaną przez artystkę w postaci dziewięciu kolejnych kompozycji. Ośmiu. Bo wśród nich jest jeszcze wyróżniające się na tle pozostałych, chwytliwe Go (Blank Sea). Niby poprawne Hunger z wyczerpanym, kapryśnym wręcz wokalem Amerykanki, powtarzającej niczym mantrę słowa "I got the hunger" pozostawia wiele do życzenia. Aż trudno uwierzyć, że podczas pracy nad płytą Danilova dała z siebie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. Ja odebrałam to raczej, jako jej próbę powrotu do dzieciństwa, z którego zapamiętała głównie przenikliwe zimno i las. Trudne warunki, w których dorastała znajdują odzwierciedlenie w tym materiale, dając tym samym ujście jej wojowniczej naturze.

Moja miłość do twórczości Zoli ujawniła się wraz z albumem Conatus. Wówczas jej osoba potrafiła mnie zaintrygować, zaciekawić, a nawet zaboleć. Jej posępny dramatyzm i porażające poczuciem alienacji dźwięki, idealnie oddawały zarys tego, jakim jest człowiekiem. Odnoszę wrażenie, jakby album Taiga był natomiast zaprzeczeniem tej osobowości. Choć ona sama niejednokrotnie powtarzała, że nie interesuje ją stagnacja, to kierunek, którym podąża gasi we mnie pragnienie na nowe doznania spod znaku Zoli. To tak, jakby ktoś rzucił cień na jej wcześniejsze dokonania, niszcząc przy tym wszystko, co było najlepsze w procesie ich tworzenia.  


PF

Jessie Ware - Tough Love [RECENZJA]

Jessie Ware - Tough Love

 9/10

Już w chwili wydania swojego debiutanckiego albumu Jessie Ware z dumą obnosiła swoje wpływy od takich wokalistek jak Sade, czy Whitney Houston. Stylistykę uprawianej przez nią dotychczas muzyki można było określić jako mieszankę soulu, popu, dubstepu, czy brzmienia UK garage. Na najnowszym wydawnictwie słychać jednak wyraźny zwrot artystki w stronę tradycyjnie pojmowanego soulu.  

Różnorodność, jaką niesie ze sobą album Tough Love, wynika z urozmaiconego wachlarza artystów, którzy wspomagali wokalistkę przy nagrywaniu materiału. Wśród nich jest duet BenZel (Benny Bianco i Two Inch Punch), z którym Jessie miała już okazję współpracować w 2012 roku przy utworze If You Love Me. Tym razem grupa miała swój udział w powstawaniu kompozycji Tough Love, która stała się jednocześnie pierwszym singlem. Utwór jest niczym balsam na uszy odbiorcy. Te przyjemne dźwięki sprawiły, że już od pierwszego odsłuchu miałam ochotę na więcej. 

Mój apetyt powiększył drugi singiel, noszący tytuł Say You Love Me, którego współproducentem był Ed Sheeran. Sama nie wiem, co zrobiło na mnie większe wrażenie – wokal Jessie, czy nastrojowe chórki w tle utworu. Wszystko to dopełnia teledysk, który zachwyca swoją prostotą, dosłownie, bo nie dzieje się w nim naprawdę nic szczególnego. Być może jest tak za sprawą samej artystki, której najwyraźniej nie potrzeba ozdobników. 

Przy kompozycji Want Your Feeling odczuwam lekki niedosyt, ponieważ od oryginału lepsza jest dla mnie wersja live, nagrana w arboretum Barbican w Londynie. Nad balladą, zatytułowaną Pieces, pieczę sprawowali Jimmy Napes i Tourist. Choć utwór na żywo brzmi ponownie o wiele lepiej, niż wersja studyjna, to nie zasługuje on na falę niepochlebnych komentarzy. Określenie "tani patos" jest w tym miejscu po prostu nieuzasadnione. Lekki pazur w postaci kawałka Champagne Kisses okazał się niezwykle korzystny dla albumu.

Za jedyną i zarazem istotną pomyłkę na albumie uchodzi utwór Kind Of…Sometimes…Maybe, który jest tak samo niepewny jak jego tytuł. Innymi słowy, to przeciwieństwo reszty krążka, który pomimo klimatu, odbiegającego nieco od pierwotnych dokonań Jessie - wciąż zapiera dech w piersiach. Faktem jest, że Ci którzy oczekiwali kontynuacji debiutu artystki mogą czuć się lekko rozczarowani. Z drugiej jednak strony stoi to, czego nie można zarzucić Brytyjce, a z pewnością jest to jej nieprzewidywalność. Tough Love zasługuje na miano jednego z najbardziej wyróżniających się albumów tego roku.



PF

BANKS - Goddess [RECENZJA]

BANKS - Goddess

 7/10

Dla jednych jest niczym wyrocznia, inni znów widzą w niej jedynie rywalkę. W czym więc tkwi sukces tej młodej Amerykanki, która z początkiem września wydała swój debiutancki album, zatytułowany Goddess? Co sprawia, że tak chętnie przypisujemy artystce rolę mistycznego przewodnika? 

Krążek zaczyna się dosyć niewinnie, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Skromne Alibi jest jedynie rozgrzewką przed mocnym Goddess, rozpoczynającym się od równie mocnych i dobrze wszystkim znanych słów - She gave it all, you gave her shit. Warto w tym miejscu wspomnieć, że choć na debiut wokalistki wszyscy czekali z niecierpliwością, to aż połowy utworów z albumu mogliśmy zasmakować jeszcze na długo przed jego premierą. Przez ten czas zdążyliśmy nieco poznać samą artystkę. Nie oznacza to jednak, że nie może nas już ona niczym zaskoczyć. Niech dowodem na to będą kompozycje Someone New i Under The Table. Piosenkarka, znana bardziej ze swego żelaznego serca, niż z popadania w melodramatyzm nagrała coś, co można śmiało nazwać balladą. Niestety, osobiście o wiele bardziej wolę Banks w swoim eterycznym wydaniu, świadomą tego, co chce przekazać odbiorcom i prowadzącą swego rodzaju grę słów. Akustyczne kompozycje w wykonaniu artystki nie wzruszają. Są dobre, lecz to nie wystarczy, by uczynić je wyjątkowymi. Brzmią trochę jak kiepski przerywnik pomiędzy elektronicznymi produkcjami. Na uwagę natomiast zdecydowanie zasługują takie utwory, jak Brain, Drowning, czy Beggin For Thread, które stawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że reszta zwyczajnie nie jest w stanie im dorównać. Ku zaskoczeniu, przyjemne rytmy R&B serwuje nam kawałek o dosyć odważnym tytule - Fuck Em Only We Know. Co prawda, nie jest to utwór, który nadaje się do tego, by porwać wasze serca, ale chętnie się do niego wraca.

Debiutancki album Jillian posiada zarówno walory, jak i słabe strony. Na szczęście te pierwsze bronią się na tyle, by uczynić Banks jedną z najbardziej obiecujących artystek tego roku. Wokalistka pokazała nie tylko klasę, ale udowodniła również, że można współpracować z wieloma niezależnymi producentami, eksperymentować na gruncie wielu gatunków muzycznych i przy tym wszystkim osiągnąć wielki sukces.




PF

Lykke Li - I Never Learn [RECENZJA]

Lykke Li - I Never Learn

9/10



Gdybym w dwóch słowach miała zawrzeć to, co można odnaleźć na najnowszym krążku Lykke Li, powiedziałabym, że są to "żywe emocje". Choć album, zatytułowany I Never Learn ukaże się 5 maja, to do sieci trafił już przedpremierowy odsłuch. Nie od dziś wiadomo, że Szwedka nie stroni od tematów miłości, samotności, czy kobiecych frustracji. Jednak to, co niesie ze sobą nowa płyta artystki jest dalekie od tego, co zdążyliśmy już poznać do tej pory. Przynajmniej w moim odczuciu. Na taki odbiór na pewno wpływa fakt, iż parę kawałków powstało w efekcie niedawnego rozpadu związku Szwedki. Myślę jednak, że to nie zbieg wydarzeń tworzy ten album tak emocjonalnym, a raczej zdolność artystki do wyrażania siebie poprzez swoją twórczość. Lykke Li w wyśpiewywanych przez siebie tekstach jest po prostu autentyczna. To wartość, której może pozazdrościć jej niejeden wokalista. Jako, że my - odbiorcy - lubujemy się w artystach, z których twórczością możemy się utożsamić, to też Lykke na dobre oczarowała nasze muzyczne serca.

Na album składa się 9 kompozycji. Pomimo klimatu, jaki mu towarzyszy - a który całkowicie mija się z moim aktualnym stanem umysłu - potrafię się w nim odnaleźć w pełni. Tytuł do jednego z utworów skłania mnie do przemyśleń - w jakim celu artystka czerpała swoją inspirację z Księgi Izajasza? Mam tu na myśli kawałek No Rest For The Wicked, do którego klip trafił niedawno do sieci. Obraz przedstawia dramat historii miłosnej, w której główną rolę gra sama artystka oraz czarnoskóry mężczyzna. Odnoszę wrażenie, że Lykke Li w swoich tekstach bywa bardzo destrukcyjna. Niejednokrotnie mamy okazję się o tym przekonać, gdy śpiewa: I am longing for your poison, like a cancer for its prey, czy ...and the shot goes through my head and back. Wydaje się, że te słowa wręcz boleśnie opisują stan, w jakim artystka się znajduję. Innym razem, możemy zobaczyć ją obnażającą się ze wszystkich swych słabości w Love Me Like I'm Not Made Of Stone. W pełni świadomą swej niedoskonałości.

Ciężko więc pisać tu o czymś innym, niż miłosnym zawodzie, czy poczuciu winy. Nie powinniśmy jednak czuć się oszukani, bowiem artystka wyraźnie zapowiedziała, czego możemy się spodziewać. To, czego mi osobiście brakuje na płycie to rytmy z takich kawałków jak I'm Good, I'm Gone, przy których można było się trochę poruszać. Nie ma to jednak wpływu na moją chęć zasięgnięcia po album do sklepu.



PF

Chet Faker - Built on Glass [RECENZJA]

Chet Faker - Built On Glass

9/10

Australijski twórca muzyki elektronicznej, Nicholas James Murphy (znany pod pseudonimem Chet Faker), już niebawem wyda swój debiutancki album zatytułowany Built on Glass, który do sprzedaży trafi 15 kwietnia. Długo oczekiwany longplay stanowi niejako kontynuację materiału Thinking in Textures, z którym artysta koncertował zanim postanowił zaprezentować swój solowy projekt. Materiał na nową płytę został zebrany na przestrzeni dwóch ostatnich lat, a cały krążek powstał w domu artysty, w jego prywatnym studiu. Chodziło mi o oddanie autentyczności brzmienia w warunkach, w jakich powstawały utwory i ta autentyczność stanowi największą wartość mojego albumu. Lirycznie chciałem pokazać, jak moje życie wpłynęło bezpośrednio na moją muzykę – mówi Chet Faker.    

Na płycie znajdziemy 12 kawałków. Utwór Release Your Problems powoli rozpoczyna przygodę, która – bynajmniej w moim odczuciu – zapowiada się intrygująco w momencie, kiedy Chet zaprasza słuchaczy do „uwolnienia swoich problemów”. Kawałek Talk Is Cheap, który stał się jednocześnie singlem zwiastującym album, i do którego teledysk trafił do sieci dwa miesiące temu, to totalna mieszanka elektroniki i soulu, a wideo idealnie podkreśla jego klimat. Talk is cheap, my darling – śpiewa zobojętniałym głosem artysta. Harmonijny wokal w No Advice służy jako przejście do kolejnego nagrania, jakim jest utwór Melt podnoszący nieco tempo. To, co dodaje kawałkowi zmysłowości z pewnością możemy zawdzięczać uroczej Kilo Kish, która idealnie spełnia swoją rolę. Błogi stan, jaki osiągam za sprawą utworu zatytułowanego To Me jest tym na co długo czekałam. W efekcie dryfuję wraz z artystą, a każdy dźwięk przynosi mi ukojenie. Nie mogę zapomnieć o Dead Body, które zamyka album, ukazując to, co wcześniej nie zostało wypowiedziane.

Murphy w swoim debiutanckim albumie koncentruje się na ponurym śpiewie i jasnym przekazie. Built on Glass to prosta produkcja i interesujące tekstury. Pomimo minimalizmu, jaki serwuje nam artysta, całość zachwyca i sprawia, że mam ochotę na więcej. Nie wyobrażam sobie przejść obojętnie obok tej płyty w sklepie. Każdemu, kto kojarzy artystę chociażby z takich kawałków jak I’m into You, czy No Diggity spodoba się ten album.

Już teraz sami możecie sprawdzić, jakie emocje wzbudza w Was debiutancki album Chet Fakera i podzielić się z Nami swoimi odczuciami:


PF

SOHN - Tremors [RECENZJA]

4AD
SOHN - Tremors
8/10

SOHN stał się jednym z bardziej ekscytujących artystów w świecie muzyki elektronicznej za sprawą swoich rewelacyjnych singli podbijających światowy rynek muzyczny. Dziś debiutuje albumem pt. Tremors, który stawia go na szczycie gwiazd tego roku. Krążek pojawił się nakładem wytwórni 4AD.

Aby zrozumieć muzykę tworzoną przez SOHNa, należy przyjrzeć się środowisku, w którym przyszło mu mieszkać przez lata. Nocny gwar Londynu, czy wyludnione przestrzenie w Austrii sprawiły, że artysta odczuł silną potrzebę tworzenia muzyki sam na sam z otaczającym go światem. Dosłownie. Właśnie dlatego album zrodził się z głęboko intensywnych sesji nagraniowych, które miały miejsce w okresach nocnych, bez zakłócenia spokoju przez jakikolwiek transport publiczny. Sam artysta podsumowuje swoje dokonania: Chciałem, żeby Tremors był jak świeże powietrze. Fakt, że pracowałem nad tą muzyką po nocach odbił się na jego klimacie. Co noc kończyłem prace w blasku zimnego, wschodzącego słońca i szedłem do domu. Dla mnie tak właśnie brzmi ten album.  

Album zawiera w sobie to wszystko o czym wspomina artysta. Jest w nim zarówno blask wschodzącego słońca, jak i świeżość – ale nie tylko. Już w pierwszych sekundach albumu artysta łączy ze sobą dwa rozbieżne stany umysłu. I got lost in love – śpiewa, by po chwili oświadczyć: I love her, like no other love. SOHN jest mistrzem wprowadzania emocji i napięcia. W trakcie odsłuchu kawałka The Wheel można  wyraźnie wyczuć smutek w „ostatnim oddechu” artysty. Jego głos brzmi tak, jakby wydarzenia z przeszłości odcisnęły na nim swe piętno, a wraz z każdym wyśpiewanym słowem rozdrapywał swe rany.

Całość może wydawać się muzycznie dosyć minimalistyczna ze względu na duży udział syntezatorów, jednak za sprawą oddziaływania artysty swoim wnętrzem i emocjami, dzięki wokalowi, który wywołuje masę uczuć - wszystko zaczyna się układać w jedną całość, która z każdym kolejnym utworem zaczyna się ujawniać. Wydawać by się nawet mogło, że w Tremors artysta zaczyna tracić swą determinację wraz ze wcześniejszymi deklaracjami, udowadniając to słowami: If you’re thinking of letting me go then it’s time that you do.

To co zasługuję na pochwałę to przede wszystkim kreatywność i nietuzinkowość jaką album wnosi do świata muzyki elektronicznej. To mała ilość słabszych punktów tego krążka. Warto zastanowić się nad przesłaniem, jaki dla całości niesie za sobą tytuł albumu – słowo Tremors – co w przetłumaczeniu na polski oznacza nic innego jak „wstrząsy”.



PF

Artur Rojek - Składam się z ciągłych powtórzeń [RECENZJA]


Artur Rojek - Składam się z ciągłych powtórzeń

9/10

Dokładnie w miniony piątek nakładem wytwórni Kayax swoją premierę miała pierwsza, solowa płyta Artura Rojka zatytułowana Składam się z ciągłych powtórzeń. Fakt, że utwór Beksa na trzy tygodnie znalazł się na szczycie Listy Przebojów Trójki pozwala myśleć, że fani długo na tą płytę czekali, co więcej – że jej zapowiedź – jest tym, co chcieli usłyszeć. Mógłbyś zapamiętać mnie innego – śpiewa, ukazując swoją wrażliwość. Choć sam Rojek mówi, że jego założeniem było stworzenie czegoś, co będzie inne, niż to z czym przez ostatnie 20 lat był kojarzony, to na płycie wciąż możemy odnaleźć melancholię, która go cechuje. Większość tekstów napisana jest w pierwszej osobie, a całość możemy odczytać, jako jego liryczną autobiografię.

Lato 37, taki tytuł nosi piosenka, od której zaczyna się płyta. Rojek głosem dziecka opowiada historię prawdziwą. Powraca do dzieciństwa, które jest dla niego nieodłącznym elementem jego dzisiejszych lęków. Sięga pamięcią wstecz nie tylko do swoich prywatnych wspomnień ale i do muzycznych dokonań. Warto zwrócić uwagę na to, że na płycie znajduje się również utwór, który fani Artura na pewno pamiętają sprzed lat. Mowa tu oczywiście o kawałku Kot i Pelikan, który na solowej płycie ukazuje się w nowej aranżacji.

Dla niektórych odbiorców płyta może stać się czymś bardzo osobistym. Czymś, z czym będą potrafili się utożsamić. Zapewne każdy ma swój ulubiony kawałek, który słysząc mimochodem w pracy, czy samochodzie mógłby zanucić głośniej. Mnie osobiście już od pierwszych dźwięków oczarowało nagranie pt. Syreny, które zasłyszane w środku tygodnia, w biurze, sprawiło, że coś we mnie zadrżało. Do pozostałych faworytów trafiły takie kawałki jak Krótkie momenty skupienia, czy Lekkość, które sprawiają, że człowiek zatrzymuje się gdzieś na chwilę i wraca myślami do swojego bagażu doświadczeń.

Wszystkich zadowolić się nie da, a tych niezadowolonych oczywiście nie brakuje. Nie warto jednak opierać się na opinii innych, tylko samemu zetknąć się z najnowszymi dźwiękami Rojka.

Pierwszy solowy album Rojka można odsłuchać w całości na platformie WiMP.



PF