[RELACJA] Coke Live Music Festival 2013 (Brodka, Regina Spektor, Florence and the Machine, Katy B)

08:07


Na występ Meli Koteluk dojechać mi się nie udało. Krakowskie korki zagwarantowały mi bowiem jedynie muzyczne wrażenia z radia samochodowego. Udało mi się jednak pojawić na koncercie Brodki, która zdążyła się już rozgrzać na dużej scenie. Zespół, jak zawsze, prezentował się znakomicie. W odczuwalnej pozytywnej energii nic się nie zmieniło od mojego poprzedniego spotkania z muzykami na żywo, które odbyło się dawno (jeszcze na początku trasy koncertowej promującej krążek Granda). Monika zaserwowała podczas koncertu różnorodną mieszankę swojego dorobku. Ze sceny wybrzmiały kawałki z najnowszego krążka, jak i z poprzednich albumów, nie pomijając tych najstarszych, których mogliśmy zasmakować w nowych odsłonach. Zespół bawił się wyśmienicie wraz z publicznością, która – pomimo kiepskiej pogody – porwała do tańca swoje mokre od deszczu buty. Całość była dopięta na ostatni guzik, przyjemna i roztańczona. Zaskoczyć raczej nie mogło nic, chyba że wspomnimy o samej Brodce, falującej na publiczności, która wskoczyła w tłum bez zastanowienia.

Regina Spektor – na jej koncert szłam z ogromną nadzieją na odprężenie i poczucie emocjonującej muzyki całym ciałem. Dzięki takiemu nastawieniu nic mnie podczas występu nie zaskoczyło, w przeciwieństwie do wielu zgromadzonych, którzy po 15 minutach koncertu pokręcili nosem i wychodząc z namiotu, komentowali zdolną artystę słowami: ale nuda. O gustach podobno się nie dyskutuje, ale dziwi, że nudą może być nazwany piękny wokal okraszony wzruszającą, a czasem i taneczną melodią. Koncert Reginy był tak zróżnicowany, że można było się przenieść w naprawdę wiele krain. Podczas występu pojawiły się utwory z najnowszego krążka artystki, jednak moją uwagę najbardziej przyciągnęły te kawałki, które ukazały się w 2006 roku na albumie Begin to Hope. Sztandarowe nagrania Better, Samson czy On the Radio wybrzmiały z taką lekkością, że chciało się zatrzymać czas na dłużej. Żal było patrzeć tylko na to, że wraz z rozpoczynającym się na drugiej scenie koncertem Franz Ferdinad, publiczność Reginy rozpłynęła się w mgnieniu oka. Szczerze mówiąc, ja tego wyboru nie rozumiem. I choć z jednej strony było mi bardzo przykro, z drugiej cieszyła mnie myśl, że będę mogła przeżywać ten występ wraz z Reginą, która nagle była na wyciągnięcie mojej ręki. Jej muzyka – w połączeniu z emocjami wymalowanymi na twarzy, dłoniach, które śmigały z ogromną lekkością po klawiszach – była wspaniała. Ten koncert był jednym z najlepszych całego festiwalu!

Koncert Florence and the Machine był dla mnie jeszcze niedawno ogromną zagadką. Jadąc na festiwal, obawiałam się, że główny punkt imprezy zawiedzie mnie na całej linii. Miałam wątpliwości co do tego, czy artystka poradzi sobie z występem na żywo, pomimo swojego doświadczenia i scenicznej gracji. Komentarzy na temat jej koncertów można znaleźć i wysłuchać całą masę, sporo tych niepochlebnych, mówiących o tym, że Florence nie radzi sobie z samym śpiewaniem na żywo. Pomimo tych złych słów, bardzo chciałam doświadczyć tego na własne uszy. Pojechałam więc i miło się zaskoczyłam, gdyż koncert okazał się wulkanem pozytywnej energii i wrażeń. W zasadzie, gdybym miała ocenić całe show zaraz po jego zakończeniu, pewnie podsumowałabym je słowem geniusz. Podekscytowanie wówczas było tak ogromne, że nie sposób było dostrzec jakiekolwiek niedociągnięcia. Sama Florence tworzyła wokół siebie magię, nie wspominając o akompaniamencie muzyki. Obecnie emocje ze mnie opadły, więc mogę śmiało podsumować to wydarzenie z trzeźwym umysłem. Koncert z pewnością był wart wycieczki na festiwal. Ba, był najlepszym koncertem krakowskiego wydarzenia. Całość przedstawienia współgrała ze sobą znakomicie. Kawałki z najnowszego krążka pt. Ceremonials, jak i te z poprzedniej płyty wybrzmiały na żywo znakomicie. Florence z publicznością bawiła się wzorowo. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś aż tak porwał mnie do tańca podczas koncertu. Wyborna zabawa, stylowa artystka oraz łzy na scenie – niczego więcej nie mogłam zapragnąć podczas tego wieczoru. Wówczas nie przeszkadzały nawet te niedociągnięcia, o których wspomniałam na samym początku. Nie sposób było skupić się na tym, że Florence faktycznie momentami nie radziła sobie wokalnie i sprytnie próbowała to zatuszować, kierując mikrofon w stronę publiczności. Dobra taktyka, jednak pomimo krzyczących i śpiewających fanów, dało się to w końcu wychwycić. Ale i wybaczyć. Całość zasługuje na to, aby postawić ogromnego plusa w muzycznym kalendarzyku oraz wspomnieć na sam koniec o tym, że powinno się doceniać taki przepływ energii pomiędzy artystą i publiką.

Koncert Katy B był znakomitą kontynuacją imprezy po wcześniejszym szaleństwie z Florence and the Machine. Zaraz po zakończeniu wielkiego show na dużej scenie festiwalu, fani szybko podążyli w stronę namiotu, gdzie rozgrzała się już Katy. To spotkanie wodziło za nos mocnym elektronicznym brzmieniem każdego, kto znalazł się wtedy w namiocie czy też przed z powodu braku miejsca wewnątrz. Wokalistka szybko złapała rewelacyjny kontakt ze swoją publicznością i zachęciła wielu swoich fanów do wspólnej zabawy w rytmie utworów z jej debiutanckiego krążka pt. On a Mission. Utwory Katy on a Mission, Perfect Stranger i Broken Record wywołały ogromną radość wśród zgromadzonych. Pomimo późnej godziny i sporego zmęczenia, tłum momentalnie uniósł się ku górze, skacząc, tańcząc i machając głowami na wszystkie strony. Nie zabrakło niczego, co powinna zawierać dobra impreza taneczna. Katy również w roli wodzireja sprawdziła się wyśmienicie i komentarze na temat jej formy, co prawda fizycznej, nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy – Katy jest w rewelacyjnej muzycznej formie!

You Might Also Like

0 komentarze