Lykke Li - I Never Learn [RECENZJA]
00:43![]() | ||
Lykke Li - I Never Learn9/10 |
Gdybym w dwóch słowach miała zawrzeć to, co można odnaleźć na najnowszym krążku Lykke Li, powiedziałabym, że są to "żywe emocje". Choć album, zatytułowany I Never Learn ukaże się 5 maja, to do sieci trafił już przedpremierowy odsłuch. Nie od dziś wiadomo, że Szwedka nie stroni od tematów miłości, samotności, czy kobiecych frustracji. Jednak to, co niesie ze sobą nowa płyta artystki jest dalekie od tego, co zdążyliśmy już poznać do tej pory. Przynajmniej w moim odczuciu. Na taki odbiór na pewno wpływa fakt, iż parę kawałków powstało w efekcie niedawnego rozpadu związku Szwedki. Myślę jednak, że to nie zbieg wydarzeń tworzy ten album tak emocjonalnym, a raczej zdolność artystki do wyrażania siebie poprzez swoją twórczość. Lykke Li w wyśpiewywanych przez siebie tekstach jest po prostu autentyczna. To wartość, której może pozazdrościć jej niejeden wokalista. Jako, że my - odbiorcy - lubujemy się w artystach, z których twórczością możemy się utożsamić, to też Lykke na dobre oczarowała nasze muzyczne serca.
Na album składa się 9 kompozycji. Pomimo klimatu, jaki mu towarzyszy - a który całkowicie mija się z moim aktualnym stanem umysłu - potrafię się w nim odnaleźć w pełni. Tytuł do jednego z utworów skłania mnie do przemyśleń - w jakim celu artystka czerpała swoją inspirację z Księgi Izajasza? Mam tu na myśli kawałek No Rest For The Wicked, do którego klip trafił niedawno do sieci. Obraz przedstawia dramat historii miłosnej, w której główną rolę gra sama artystka oraz czarnoskóry mężczyzna. Odnoszę wrażenie, że Lykke Li w swoich tekstach bywa bardzo destrukcyjna. Niejednokrotnie mamy okazję się o tym przekonać, gdy śpiewa: I am longing for your poison, like a cancer for its prey, czy ...and the shot goes through my head and back. Wydaje się, że te słowa wręcz boleśnie opisują stan, w jakim artystka się znajduję. Innym razem, możemy zobaczyć ją obnażającą się ze wszystkich swych słabości w Love Me Like I'm Not Made Of Stone. W pełni świadomą swej niedoskonałości.
Ciężko więc pisać tu o czymś innym, niż miłosnym zawodzie, czy poczuciu winy. Nie powinniśmy jednak czuć się oszukani, bowiem artystka wyraźnie zapowiedziała, czego możemy się spodziewać. To, czego mi osobiście brakuje na płycie to rytmy z takich kawałków jak I'm Good, I'm Gone, przy których można było się trochę poruszać. Nie ma to jednak wpływu na moją chęć zasięgnięcia po album do sklepu.
PF

0 komentarze